Głos Koszaliński - Karetki nie będzie
- Mój synek ma 40 stopni gorączki, proszę pomóżcie - alarmowała późnym wieczorem w koszalińskim pogotowiu Katarzyna Mataczyńska. Usłyszała, że karetka do gorączki nie jeździ.
Przyjedzie wtedy, gdy dziecko... dostanie drgawek.
Dwuletni syn pani Katarzyny, Wiktor gorączkował już przed świętami. Doktor rodzinna z przychodni przy ul. Bosmańskiej zbadała chłopczyka, zapisała leki przeciwgorączkowe. - Podawałam lekarstwa, mimo to w ostatnią sobotę temperatura znów mocno poszła w górę - opowiada pani Kasia. - Podawałam nurofen, ale to niewiele pomagało. O jedenastej wieczorem miał 40 stopni. Wpadłam w panikę. Chciałam go zawieźć do szpitala, ale taksówki nie jeździły, bo było bardzo ślisko. Zadzwoniłam na pogotowie. Tam usłyszałam, że erka przyjedzie wtedy, gdy moje dziecko dostanie drgawek - opowiada zdenerwowana kobieta.
To nie przychodnia na kółkach
Dyrektor koszalińskiego pogotowia Beata Prusińska jest pewna, że decyzja dyspozytora była słuszna.
- Pogotowie nie jest przychodnią na kółkach - podkreśla. - My ratujemy ludzkie życie, a nie leczymy. Przecież w tym czasie inny chory z zawałem, czy poszkodowany w wypadku, może potrzebować pomocy. A karetki nie ma, bo pojechała do gorączkującego dziecka - twierdzi.
Co zatem powinna zrobić zdenerwowana mama, gdy jej dziecko z gorączki zaczyna majaczyć?
- Powinna zwrócić się do swojego lekarza rodzinnego - odpowiada bez wahania dyrektor Prusińska.
Katarzyna Mataczyńska nie miała takiej możliwości. Było późno, przychodnia rodzinna dawno zamknięta, a numeru telefonu komórkowego do pani doktor nawet nie znała.
W pomocy doraźnej mama chorego chłopca usłyszała to samo, co w pogotowiu - podawać leki przeciwgorączkowe.
- Czułam, że nikt nie chce mi pomóc - wspomina tamtą feralną sobotę. - Tyle ostatnio mówi się o sepsie. Moje dziecko miało wysoką gorączkę. Dostrzegłam małą wysypkę. Bałam się, że dzieje się coś bardzo złego. A wszyscy mnie zbywali.
Tak nie powinno być
W niedzielę po południu temperatura u Wiktora znów wzrosła. Słupek rtęci na termometrze sięgnął 40,2 stopnia. Znów telefon na pogotowie i znów te same rady - okłady, leki. Z pomocą zdesperowanej mamie przyszedł dopiero ojciec koleżanki. Wrócił z wyjazdu służbowego i wreszcie mógł zawieźć chłopca oraz jego mamę do szpitala. Tam, na szczęście, wykluczono najgorsze podejrzenia.
- Ale tak nie powinno być - kończy Katarzyna Mataczyńska. - Jestem osobą ubezpieczoną, płacę składki i mam prawo do godziwej opieki medycznej.
Alina Konieczna
alina.konieczna@gk24.pl
|